Weekend nad Wielkim Łukiem Warty Sto kilometrów z Łodzi, sto dziesięć z Katowic, sto pięćdziesiąt z Wrocławia — a na miejscu rzeka wcinająca się w wapienne wzgórza, pięćdziesiąt kilometrów szutrowej pętli i cisza, której w mieście nie da się kupić za żadne pieniądze.
Na wysokości Działoszyna Warta przestaje przypominać rzekę nizinną, do której przyzwyczaja nas reszta jej biegu. Zamiast rozlewać się leniwie po płaskim, wcina się w wapienne wzgórza Wyżyny Wieluńskiej i zatacza łuk na tyle szeroki, że po kilkudziesięciu kilometrach wraca niemal w to samo miejsce, z którego wypłynęła. Żeby to zobaczyć, nie trzeba ani mapy, ani przygotowania geologicznego – wystarczy zjechać z krajowej siedemdziesiątki czwórki i stanąć na skarpie, skąd widać dolinę o stromych brzegach, wapienne wychodnie wystające spomiędzy sosen oraz las, który suchością i zapachem przypomina Jurę, ponieważ w istocie jest jej północnym krańcem, tyle że pozbawionym kolejek do zamków i cen obowiązujących w Ojcowie.
Z tego artykułu dowiesz się:
Ile czasu zajmuje podróż?
Z Częstochowy jedzie się tu około sześćdziesięciu kilometrów, z Łodzi około stu, z Katowic i Sosnowca około stu dziesięciu, z Wrocławia mniej więcej sto pięćdziesiąt. Podajemy te liczby na samym początku, ponieważ decydują o wszystkim, co dalej: jest to dystans, który pokonuje się w piątek po pracy, nie tracąc na dojazd soboty, i który pozwala wyjechać spontanicznie, bez planowania z dwutygodniowym wyprzedzeniem. Sensem tego miejsca nigdy nie było bycie celem wyprawy – jest nim bycie wystarczająco blisko.
Park, w którym to wszystko leży
Załęczański Park Krajobrazowy utworzono w styczniu 1978 roku i obejmuje dziś sto czterdzieści siedem i pół kilometra kwadratowego, do czego dochodzi niemal drugie tyle otuliny. Rozciąga się przez trzy województwa – łódzkie, opolskie i śląskie – oraz sześć gmin, wśród których jest Osjaków.
Ponad połowę powierzchni zajmuje las, w większości sosnowy, ale to nie drzewostan decyduje o charakterze tej okolicy, tylko to, co znajduje się pod nim. Podłoże jest wapienne, a wapień, rozpuszczany przez wodę przez miliony lat, wytworzył tu wszystko, co ciekawe: leje krasowe, suche doliny, jaskinie oraz źródła wybijające wprost spod skał. Na Górze Zelce, w rezerwacie Węże, rosną nawet murawy kserotermiczne – ciepłolubne zbiorowiska roślinne, z których słynie Wyżyna Krakowsko-Częstochowska, oddalona stąd o dobre sto kilometrów.
Kajak, czyli powód, dla którego większość gości trafia tu po raz pierwszy
Trasa z Działoszyna przez Przywóz do Osjakowa liczy czterdzieści dziewięć kilometrów i dzieli się naturalnie na dwa dni: dwadzieścia siedem kilometrów pierwszego, kiedy płynie się przez sam przełom, między najwyższymi brzegami na całym odcinku, oraz dwadzieścia dwa drugiego, gdy rzeka wchodzi w lasy i zaczyna kręcić zakolami. Trasa jest oceniana jako łatwa i jest to ocena uczciwa, ponieważ nurt pozostaje spokojny na całej długości, a jedyne miejsce wymagające prawdziwej uwagi to wir przy młynie w Tasarzowiźnie.
Kto ma do dyspozycji jeden dzień, płynie odcinek z Przywozu do Osjakowa, co zajmuje cztery do pięciu godzin i pozwala wrócić do domu tego samego wieczoru.

[Spływ kajakowy Wartą: praktyczny poradnik →]
Gravel, czyli powód, dla którego wracają
Szlak „Wokół Łuku Warty” liczy pięćdziesiąt cztery i siedem dziesiątych kilometra w wersji pełnej oraz trzydzieści siedem i dwie dziesiąte w skróconej, a jego nawierzchnia dzieli się na trzydzieści cztery i pół kilometra asfaltu z brukiem oraz dwadzieścia i dwie dziesiąte dróg gruntowych. Jeżeli ktoś projektowałby tę pętlę specjalnie pod rower gravelowy, trudno byłoby mu trafić w proporcje lepiej, choć powstawała jako zwykły szlak turystyczny i nikt przy jej wytyczaniu o gravelach nie myślał.
Pełne kółko zajmuje od trzech i pół do czterech i pół godziny, zależnie od tego, ile razy zatrzymacie się przy drewnianym moście w Kamionie, który jest najlepszym punktem widokowym na trasie i miejscem powstawania większości zdjęć z tej okolicy.
[Gravel wokół Łuku Warty: opis trasy →]
Rezerwat Węże, o którym trzeba wiedzieć jedną rzecz zawczasu
Góra Zelce to jurajski ostaniec wznoszący się ponad pięćdziesiąt metrów nad doliną Warty, kryjący system dziesięciu jaskiń krasowych oraz stanowisko paleontologiczne, które od blisko stu lat uchodzi za najbogatszy w Polsce zbiór szczątków ssaków plioceńskich.
Zanim jednak ułożycie sobie w głowie obraz zwiedzania z latarką, musimy uprzedzić: żadna z tych jaskiń nie jest udostępniona turystom. Wszystkie zostały zakratowane, a wejście do dwóch przygotowanych technicznie – Stalagmitowej i Za Kratą – wymaga indywidualnej zgody Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska w Łodzi, o którą występuje się z wyprzedzeniem i której nie załatwia się na miejscu. Przy wejściach stoją tablice edukacyjne i na tym kończy się to, co można obejrzeć pod ziemią.
Nie zmienia to faktu, że sama góra, jej wychodnie i murawy są warte drogi, a spacer ścieżkami rezerwatu zajmuje mniej więcej godzinę. Chodzi wyłącznie o to, żebyście wiedzieli, po co jedziecie, zanim wsiądziecie do samochodu.
Kurhany książęce w Przywozie
Na skraju wsi, na krawędzi lasu opadającego ku dolinie Warty, zachowały się dwa kurhany kultury przeworskiej pochodzące z drugiego i trzeciego wieku naszej ery, a obok nich pozostałości osady zamieszkanej stulecie później. Jeden z kopców nazwano „książęcym” ze względu na bogactwo wyposażenia, jakie z niego wydobyto, a po zakończeniu badań archeologicznych formy terenowe zrekonstruowano, dzięki czemu widać dziś, gdzie się właściwie stoi.
Dla przyjeżdżających z Łodzi kryje się w tym dodatkowa przyjemność, o której mało kto wie: znaleziska z tych właśnie kurhanów eksponuje Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi. Można więc obejrzeć przedmioty w gablocie przy Placu Wolności, a nazajutrz stanąć w miejscu, z którego je wydobyto, co jest doświadczeniem zupełnie innym niż każde z tych dwóch osobno.
Trzy źródła, dla których warto zjechać z trasy
Wapienne podłoże robi w tej okolicy jedną rzecz, którą widać gołym okiem: woda wybija wprost spod ziemi, i to w ilościach, które zaskakują. Trzy takie miejsca są warte zatrzymania się, przy czym każde z zupełnie innego powodu.
Granatowe Źródła
Pomiędzy Troninami a Starą Wsią, u stóp stromego brzegu Warty, woda wybija równocześnie ze szczeliny w skale i z dna niewielkiego zbiornika. Nie płynie równo – pulsuje, jakby oddychała, i drugiego takiego miejsca na polskiej Jurze nie ma. Nazwa wzięła się od koloru: woda jest tak czysta, że w słońcu wygląda na granatową.
Idzie się tam kwadrans czerwonym szlakiem. Z drogi między Starą Wsią a Troninami trzeba skręcić w ścieżkę schodzącą do betonowego placu, a dalej iść chodnikiem wzdłuż domków letniskowych. Przy źródłach stoi tablica z wyjaśnieniem i nic poza tym – miejsce wygląda dokładnie tak, jak wygląda coś, czego przez pięćdziesiąt lat nikt nie próbował ulepszyć.
Źródło św. Floriana w Kochlewie
Kilka kilometrów od Osjakowa, przy trasie spływu kajakowego i na szlaku rowerowym wokół Łuku Warty. Rzecz, dla której się tu przyjeżdża, leży na dnie: piaski, które nieustannie pulsują, zmieniając wielkość i przesuwając się pod naporem wody wypychanej z dołu. Można nad tym stać dłużej, niż się planowało.
Woda zmienia barwę w ciągu roku – od jaskrawej zieleni po głęboką rdzawą czerwień, w zależności od tego, czy przeważają glony, czy związki żelaza. Wydajność jest duża, a od 2008 roku część źródeł ma status pomnika przyrody.
Nazwa nie ma nic wspólnego z objawieniami: święty Florian jest patronem strażaków, a stąd czerpano wodę do gaszenia pożarów. Jego figura stoi przy drodze prowadzącej do źródła.
Źródło Objawienia w Kałużach
Około pół godziny jazdy, przy drodze krajowej 43. Miejsce zupełnie innego rodzaju: w 1856 roku kobieta z Dzietrznik zobaczyła w sośnie postać Matki Boskiej, a wkrótce podobne relacje zaczęli przekazywać kolejni mieszkańcy okolicy. Od tamtej pory jest to cel pielgrzymek z całej Polski.
W leśnej dolince stoją figura, krzyż, ołtarz, tabliczki z podziękowaniami i kapliczka zawieszona na drzewie. Od parkingu prowadzi dwukilometrowa leśna droga z kolejnymi stacjami – spacer łatwy, nadający się dla każdego. Msze odprawiane są 3 maja i 15 sierpnia, a największy tłum przychodzi w Wielki Piątek, kiedy ludzie ustawiają się po wodę jeszcze przed świtem.
Miejscowa tradycja przypisuje tej wodzie działanie lecznicze, zwłaszcza na dolegliwości skórne. Warto jednak zachować ostrożność jeżeli chodzi o spożywanie surowej, nieprzegotowanej wody.

Punkty, z których widać, o co w tym wszystkim chodzi
Wiatrakowa Góra w Działoszynie, wznosząca się na dwieście trzydzieści jeden metrów nad poziomem morza i zwieńczona krzyżem oraz stacjami drogi krzyżowej, daje najszerszy przegląd doliny w promieniu kilkunastu kilometrów. Warto się tam wybrać wcześnie rano, kiedy nad rzeką stoi mgła, ponieważ wtedy widać nie tylko rzeźbę terenu, ale i to, dlaczego fotografowie przyjeżdżają tu z drugiego końca województwa.
Kilka kilometrów dalej znajduje się Góra świętej Genowefy – największa wapienna skała w całym parku, ściana o długości mniej więcej pięćdziesięciu metrów i wysokości dziesięciu, chroniona jako pomnik przyrody nieożywionej. Nie ma przy niej ani parkingu, ani tablicy z regulaminem, ani punktu widokowego z barierką, i właśnie w tym tkwi jej urok.
Żabi Staw – siedlisko lokalnej flory i fauny
Żabi Staw, objęty ochroną pomnikową od ponad dwudziestu lat, jest jednym z ważniejszych w okolicy siedlisk płazów i gadów, przez co największe wrażenie robi wiosną, kiedy wszystko, co w nim mieszka, daje o sobie znać jednocześnie. Wronia Woda to z kolei starorzecze Warty zarośnięte grzybieniami, które o świcie potrafi zrobić wrażenie nawet na kimś, kto przez resztę roku ogląda wodę wyłącznie w kranie.

Wieluń – miasto pokoju i pojednania
Kwadrans jazdy stąd leży miasto z ładnym rynkiem, zachowanymi fragmentami murów miejskich i Muzeum Ziemi Wieluńskiej, ale jadąc tam, warto wiedzieć, co się właściwie ogląda. Wieluń został zbombardowany o świcie pierwszego września tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku, w pierwszych minutach drugiej wojny światowej, i stracił wówczas większość zabudowy śródmieścia wraz ze szpitalem oraz kolegiatą, co oznacza, że miasto, po którym się dziś chodzi, jest w znacznej części odbudowane. Muzeum i miejsca pamięci mówią o tym bez ozdobników i bez podniosłości, a wizyta należy do tych, po których człowiek jest przez godzinę cichszy niż przed.

Kiedy pogoda wyklucza wodę
Jasna Góra znajduje się w odległości mniej więcej sześćdziesięciu kilometrów, a tuż za nią zaczyna się Szlak Orlich Gniazd, więc z bazy w Osjakowie da się zrobić z tego wygodny dzień wypadowy, bez przepakowywania walizek i szukania noclegu w połowie drogi. W praktyce jest to najczęstszy plan awaryjny naszych gości, choć zdarza się, że po powrocie okazuje się on lepszy od pierwotnego.
Trzy sposoby na złożenie z tego weekendu
Jeżeli przyjeżdżacie dla wody, warto dotrzeć w piątek wieczorem, sobotę przeznaczyć na spływ z Przywozu do Osjakowa, którego meta wypada kilkaset metrów od hotelu, a niedzielę rano poświęcić rezerwatowi Węże i Granatowym Źródłom, żeby wyjechać po obiedzie.
Jeżeli przyjeżdżacie dla roweru, sobotni poranek zabierze pełna pętla z postojami przy kurhanach i moście w Kamionie, a niedzielę można zacząć od wschodu słońca na Wiatrakowej Górze i zakończyć w Wieluniu.
Jeżeli przyjeżdżacie, żeby nic nie robić, nie planujcie niczego. Śniadanie podajemy do dziesiątej, nad rzekę idzie się dwadzieścia minut, a popołudnie mija na tarasie. Z naszych obserwacji wynika, że akurat ci goście wracają najczęściej.
Hotel Symfonia***, Osjaków, ul. Częstochowska 53a. Trzydzieści pięć pokoi i dwa apartamenty, restauracja Serena, śniadanie oraz parking w cenie, miejsce na kajaki i rowery pod dachem. Rezerwacje:+48 43 845 35 50 · [Sprawdź dostępność →]
